Antek Nieroba: A mogłem zostać telefonistą
Każdy kibic wie, że Antoni Nieroba jest legendą „Niebieskich". To do niego należy rekord pod względem liczby meczów! Pan Antek aż 347-krotnie reprezentował Ruch w meczach ligowych i aż 401 łącznie z pucharami!
Tego wyczynu nie poprawi raczej już żaden zawodnik! Antoni Nieroba w swojej kolekcji ma dwa tytuły mistrzowskie. I pomyśleć, że o mały włos a nie zostałby piłkarzem, tylko… telefonistą!

Skąd ten epizod w barwach Polonii Bytom?
- A wie Pan, że kiedyś można było wypożyczać piłkarzy na pojedyncze mecze czy turniej – mówi legenda Ruchu, Antoni Nieroba. W 1965 roku Polonia Bytom wybrała się na trzy tygodnie do Stanów Zjednoczonych na Turniej Interligi. Poprosiła działaczy Ruchu o wypożyczenie mnie i Gienka Fabera. Do Ameryki pojechał też Zygmunt Szmidt z GKS Katowice. Nie przynieśliśmy wstydu Polonii.
W końcu przywiózł Pan Puchar Rappana!
- Polonia miała znakomitych piłkarzy, takich jak: Jan Liberda, Norbert Pogrzeba, Edward Szymkowiak czy Jan Banaś. Zresztą Janek Liberda został najlepszym piłkarzem turnieju!
Wie Pan, wcale nie było łatwo zdobyć ten Puchar. Do Ameryki przyjechały najsilniejsze ekipy z angielskimi na czele, które były uważane za faworytów. Dukla Praga, Ferencvaros Budapeszt, West Bromwich – te drużyny miały zdobyć Puchar!

Antek Nieroba i Gienek Faber po powrocie z Ameryki.
Podobno Polacy, którzy na stałe osiedli w Stanach Zjednoczonych, przywitali Was z dużym rozmachem?
- Mam piękne wspomnienia z tym krajem. Spotkałem się z Polakami, którzy wyjechali do Ameryki przed i po wojnie. Powiem coś Panu, byliśmy pierwszymi rodakami, których widzieli na żywo w Ameryce!
Nasi rodacy zaprosili nas do swoich domów na duży poczęstunek. W hotelach zostawiliśmy mnóstwo jedzenia, bo nie sposób było tego wszystkiego zjeść!
Grał Pan w Polonii, mógł też w innych klubach. W Pana piłkarskiej karierze wcale nie musiał pojawić się wyłącznie Ruch Chorzów.
- To prawda, były oferty. Chciały mnie mieć: Pogoń Szczecin, Polonia Bydgoszcz oraz Wisła Kraków. Nie interesował mnie jednak żaden z tych klubów.

Reprezentacja olimpijska Polski przed meczem z Włochami (18 czerwca 1964). Nieroba, Lubański czy Gmoch to niektóre znane nazwiska z meczu. Na pamiątkę piłkarze zostawili autografy.
Naprawdę? A może prawda jest taka, że bał się Pan zmienić klub, bo groziła za to dyskwalifikacja!
Czemu nie został Pan piłkarzem Śląska Wrocław?
- To długa historia. Byłem pierwszy na liście Śląska! Miałem tam odbyć służbę wojskową. I pewnie wyjechałbym do Wrocławia, gdyby nie znajomości naszego prezesa z Ruchu, który załatwił mi pozostanie w Chorzowie.

Podobno dzięki Eugeniuszowi Lerchowi został pan piłkarzem i potem zrobił wspaniałą karierę w Ruchu Chorzów?
- Bo to prawda. Dzięki Gienkowi zostałem piłkarzem i grałem w Ruchu.
Jak każdy dzieciak kopałem futbolówkę w szkole. Gienek mówi: „Antek, przecież ty nie kopiesz gorzej od chłopaków w trampkarzach Ruchu. Przyjdź na trening, zobaczysz jak będzie”. Myśli Pan, że od razu poszedłem? Nie, bo nie miałem ochoty grać w piłkę i być piłkarzem. Matka mi broniła, mówiła: „Antek, nie bądź szalony, będziesz grał w piłkę, zaczniesz chorować, dostaniesz gruźlicę”.
Mama chciała, żeby uprawiał Pan inny zawód?
- Ależ skąd. Po prostu martwiła się o moje zdrowie. Mnie do sportu również za bardzo nie ciągnęło. Na szczęście znalazło się kilku znajomych, którzy mnie dopingowali i zachęcili do grania w piłkę.
I co, żałował Pan potem swojej decyzji?
- Nigdy! Zrobiłem najlepszą rzecz w życiu. Dzięki piłce zwiedziłem sporo świata.

Dzięki piłce Nieroba mógł zwiedzić kilka krajów, był w Moskwie...
Dzięki piłce Pana nazwisko weszło też na stałe do historii polskiej piłki. Pewnie nikt już nie pobije Pana pod względem ilości spotkań ligowych dla Ruchu. Panie Antoni, dla „Niebieskich” rozegrał Pan aż 347 ligowych i aż 401 oficjalnych spotkań! Często zagląda Pan w statystyki?
- Zaglądam i w dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że zagrałem w tylu meczach, że jestem rekordzistą Ruchu! Wie Pan dlaczego jest tyle tych meczów?
- Bo ja na wszystko się zgadzałem. Trener mówił: „Antek masz grać dzisiaj na tej pozycji, a jutro na tej”. Nie dąsałem się, tylko grałem. Nigdy nie sprzeciwiałem się trenerowi i kolegom z drużyny.
Co Pan robił, gdy miał 16 lat?

... oraz w Iraku!
Tak, w końcu jest Pan legendą Ruchu.
- Z tą legendą nie przesadzajmy. Mając 16 lat zaczynałem być czołowym zawodnikiem Ruchu! Takie to były czasy, że już w młodym wieku wchodziło się do zespołu.
Panu pomogło też szczęście, o ile można nazwać szczęściem pech kolegi z boiska.
- Niewiadomo jak długo czekałbym na debiut, gdyby nie dyskwalifikacja Czesia Suszczyka. Został on zawieszony na jeden mecz. Trener Adam Niemiec zdecydował się na mnie postawić i tak zagościłem na dłużej w drużynie. W następnych meczach grałem już razem z Suszczykiem.
Był chrzest dla takiego młokosa?
- Dostałem kilka lekkich klapsów. Ale to nic w porównaniu z tym, co przeszli inni.

Na turnieju UEFA w Hiszpanii. Mecz Polska - RFN.
Pamięta Pan swój debiut?
- Takich rzeczy się nie zapomina. Graliśmy z Odrą w Opolu. Rywal nie był wygodny, bo ciągle z nim przegrywaliśmy. Ruch - ze mną w składzie - pojechał do Opola i wygrał 3:0! Byłem zadowolony ze swojego debiutu i co już wcześniej wspomniałem, od tego meczu już na stałe zagościłem w zespole.
Kibice zapamiętali Pana jako obrońcę. Prawda jest jednak taka, że przez dłuższy czas grywał pan w pomocy.
- Przez sześć lat. Później przesunięto mnie do defensywy, bo był taki czas, że nie było komu w niej grać. Nie było żadnego młodego, zwinnego chłopaka na pozycję stopera. Tylko ja potrafiłem szybko biegać i odwracać się tam, gdzie trzeba. Nadawałem się na stopera, chociaż była to niewdzięczna rola. Jak traciliśmy gole to wszyscy na mnie narzekali.
Czy to prawa, że prowadził Pan sportowy tryb życia, stąd ta długowieczność w Ruchu?
- Tego nie mogę potwierdzić, ale prawdą jest, że nigdy nie paliłem papierosów. Chociaż znam piłkarzy, co dużo palili i potrafili często zaglądać do kieliszka, a mimo to byli dobrymi piłkarzami. Sportowy tryb życia nie miał nic wspólnego z moją długowiecznością w Ruchu.

Zaglądanie czasami do kieliszka wcale nie przeszkadzało zawodnikom w odnoszeniu sukcesów.
Pamięta Pan 1960 i 1968 rok?
- Takich dat się nie zapomina. Zdobyłem dwukrotnie mistrzostwo Polski. Wtedy mieliśmy znakomitych zawodników. Zdobyliśmy mistrzostwo, bo w naszej drużynie nie było nienawiści, a piłka była czysta od korupcji. Nie to, co teraz, gdy chcesz wygrać mecz, to musisz zapłacić. Poza tym, w moich czasach, piłkarze nie myśleli o pieniądzach, tylko o grze, każdy chciał grać, bo to była pasja. I właśnie z takim podejściem zdobywało się tytuł mistrza.
Co Pan otrzymał za mistrzostwo kraju, bo Gienek Lerch dostał metalową palmę.
- Ja nie dostałem nic. A jeżeli już to nie pamiętam, co to było. Nie była to cenna nagroda.

Ruch przed meczem z Zawiszą Bydgoszcz w 1958 r.
Spędził Pan aż 17 sezonów w Ruchu! Myśli Pan, że mogło być ich więcej?
- Mogło, gdyby nie przyszedł Michal Vican. Nie lubił mnie. Poza tym budował nową drużynę, bardziej siłową. Jasno dał mi do zrozumienia: „Antek zrobiłeś wiele dla Ruchu, ale twój czas już się skończył, jesteś za słaby na mój zespół, musisz odejść”. Odszedłem, bo co miałem zrobić?

Ozdobą meczów Ruchu z Górnikiem były pojedynki Nieroby z Lubańskim.
Zanim wyjechał Pan do Francji zdołał rozegrać mecz ze słynnym Ajaxem Amsterdam!
- Tego meczu nie zapomnę nigdy! Jest to niemiłe wspomnienie, bo w Holandii przegraliśmy aż 0:7! Wówczas wszystko zapieprzyliśmy i wstyd mi było za ten wynik. Przed spotkaniem podpuścili nas dziennikarze, mówili, by iść do ataku, że zdobędziemy gola. Tymczasem to Holendrzy bez przerwy przesiadywali na naszym polu karnym, a my zapomnieliśmy o naszej obronie. Po tylu latach przyznam się, że ja też popełniłem kilka błędów.
W rewanżu u siebie przegraliśmy 1:2, bo Holendrzy odpuścili już sobie, w końcu mieli pewny awans.
Furory to my w europejskich pucharach nigdy nie zrobiliśmy. W Polsce zdobywaliśmy mistrzostwa, krajowe puchary, a jak przyszło jechać do Europy była poza naszym zasięgiem. Baliśmy się wielkich zawodników i klubów!
Podobno zawsze miał Pan sposób na upilnowanie Włodzimierza Lubańskiego?
- To nie było tak, że trenerzy kazali mi kryć indywidualnie Włodka. Sam to robiłem, raz skutecznie, a raz nie. Włodek był w tym czasie największą gwiazdą w Polsce.
Był lepszy od Gerarda Cieślika?
- Nie chciałbym obrazić Pana Gerarda. Cieślik grał w generacji starszych zawodników, Włodek był w zespole młodych zawodników dopiero zaczynających karierę.

Gienek Faber
Kogo w drużynie lubił Pan najbardziej?
Za to, że załatwił Panu transfer do Francji?
- Nie. Przez wiele lat mieszkał blisko mojego domu. Kumplowaliśmy się. Dopiero później wyjechał do Francji.
- To był bardzo dobry piłkarz. Nie był indywidualistą, jak pozostali, potrafił współpracować z kolegami.
Ale do francuskiego FC Chateauroux trafił Pan dzięki Faberowi?
- We Francji grał już Faber, był piłkarzem pierwszoligowego Racingu Lens. Trenerem Chateauroux był Polak o nazwisku Woźniak, który od małego mieszkał we Francji. Wie Pan co, to był Polak, ale w naszym języku nie potrafił rozmawiać!
Chateauroux grał sparing z Lens, Woźniak spytał Fabera czy zna jakiegoś dobrego Polaka. Na drugi dzień Gienek zadzwonił do mnie z pytaniem, czy chcę jechać do Francji.

W szatni po zwycięskim meczu FC Chateauroux.
Czy w FC Chateauroux osiągnął Pan sukcesy?
- Nie, bo to była bardzo przeciętna drużyna, która grała w drugiej lidze. Klub nie miał kasy, aby pozyskać dobrych piłkarzy, by w ten sposób powalczyć o awans do ekstraklasy.

Podczas pobytu we Francji.
Czy wyjazd okazał się klapą także pod względem finansowym?
- Nie do końca, bo przez dwa lata trochę zarobiłem. Starczyło na zakup domku letniskowego.
Pytam, bo podobno jadł Pan nieobrane banany!
- Ja nie, ale koledzy owszem. Pojechaliśmy z młodzieżową reprezentacją juniorów do Hiszpanii. Na śniadanie dostaliśmy banany. Niektórzy zawodnicy nie wiedzieli, że trzeba je obrać ze skóry!

Nieroba w oldbojach Ruchu.
Zastanawia się Pan czasem kim by był, gdyby nie został piłkarzem?
- Pewnie telefonistą! Zresztą przez pewien czas pracowałem w warsztacie telefonicznym w Hucie Batory.
Co na koniec chciałby Pan jeszcze powiedzieć?
- Kiedyś Gienek Faber powiedział mi: "Antek, wiesz, tylko te twoje nazwisko nie pasuje do Ciebie". Ja zawsze byłem pracowity.
